Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie południowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie południowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 stycznia 2015

Pielgrzymka do południowych Indii (cz. 6) - w drodze ...


Ten dzień pielgrzymki do Indii opisuje: Bhakti Dasi, Leelavathi i Sitaram.


Słońce przypiekało, było gorąco, a my ciągle wyczekiwaliśmy dalszego ciągu naszej pielgrzymki. Kochi to miasto, które zwiedzaliśmy cały dzień. Można tu zauważyć wpływy europejskie z przeszłości, szczególnie w architekturze.

Najciekawsze jest to, że w tym małym mieście istniały obok siebie przeróżne religie takie jak: chrześcijaństwo, hinduizm, islam i wiele innych.




Po wspaniałym śniadaniu Gurudźi poprowadził wszystkich do Santa Cruz, do bazyliki katedralnej w śródmieściu. Bazylika w Kochi jest jedną z 8 bazylik w Indiach i jest zaliczana do najważniejszych zabytkowych budynków w stanie Kerala. Ten katolicki kościół jest jednym z najpiękniejszych, robiących duże wrażenie kościołów w Indiach, jest zwiedzany przez turystów przez okrągły rok. Jest to miejsce nabożnego oddania, gdzie można znaleźć kilku świętych. Swami opowiedział o jednym z nich, świętym Wicente de Paulo. Był on kapłanem, który z oddaniem służył ubogim. Gurudźi bardzo go lubi! Raz w miesiącu można tutaj też adorować relikwie z krzyża, na którym został ukrzyżowany Jezus.


Po tej inspirującej wyprawie, mięliśmy trochę wolnego czasu na zakupy w indyjskich sklepach z ubraniami, rękodziełem, przyprawami itd.

Grupa planowała złapać motorki tuk-tuki o 4 po południu i udać się wprost do świątyni Cochin Thirumala Devaswom. Przy tej świątyni zrobiliśmy parikramę (obeszliśmy świątynię w około), podczas gdy czekaliśmy na jej otwarcie. Usiedliśmy cicho i zaczęliśmy śpiewać bhadźany. Nie mogliśmy zobaczyć ceremonii, gdyż do świątyni wolno było wchodzić tylko Hindusom.

Podczas gdy czekaliśmy na rikszę na zewnątrz świątyni, żeby pojechać na przedstawienie Kathakali, dobiegła godzina szósta. I ponownie otworzono świątynię na ceremonię ślubną. Muktaananda chciał otrzymać darszan boskiej pary i wszedł do środka. Nikt mu nie kazał wyjść i uczestniczył w całej ceremonii. Potem rozmawiał ze zwierzchnikiem świątyni i powiedział mu, że nasz Gurudewa był bardzo zasmucony tą starą zasadą, że tylko Hindusi mogą wchodzić do środka. Powiedział również, że to nie jest właściwe w naszych czasach, że powinniśmy pielęgnować otwartość i miłość, i życzliwie witać jeden drugiego. Zwierzchnik przytaknął, ale powiedział, że nie można zmienić tej zasady. Jakkolwiek dziś ona się troszkę zmieniła i pomimo tego zakazu błogosławieństwo dotarło do całej rodziny Bhakti Marga.


Tradycyjny taniec Katha Kali w Kerala, przedstawia test jakiemu Pan Śiwa poddał Ardźunę.

Podróżując słynnymi już tuk-tukami udaliśmy się na przedstawienie Kathakali. Kathakali jest stylizowanym tradycyjnym dramatem hinduskim opowiadanym przy pomocy tańca, znanym z bardzo atrakcyjnych makijaży bohaterów z bogatymi kostiumami, precyzyjnymi gestami, 33 mudrami oraz szczegółowo dopracowanymi ruchami ciała. Tradycja ta ma swoje początki w XVII wieku w stanie Kerala i do dnia dzisiejszego przez te wszystkie lata rozwinęła makijaże, wyrafinowane gesty, dodano wyszukany śpiew i precyzyjne bębnienie. Kathakali dosłownie oznacza „reprezentować historię”. Było to nowe doświadczenie i było niezwykłe!!!

Wskoczyliśmy na tuk-tuki i udaliśmy się do hotelu. Nasz kierowca w pełen emocji sposób opowiadał nam o swoim mieście. Jego słowa ożywiały dla nas tę okolicę i można było powiedzieć, że ten miejscowy człowiek prawdziwie kocha swoje miasto.

W hotelu czekała na nas pyszna indyjska kolacja podana na spokojnym i czarującym dziedzińcu, a do tego w powietrzu unosiły się rytmiczne dźwięki tabli (bębenków).

niedziela, 18 stycznia 2015

Pielgrzymka do południowych Indii (cz. 5)


Oto dzień 5 pielgrzymki do Indii Południowych (Parthasarathy Kryszna, Wamana, i wycieczka do Backwaters, opisany przez pielgrzymów Pakshi i Jahnvabai:

Podczas podróży Gurudźi opowiedział nam historię o Ardźunie, Krysznie i Durjodhanie, nawiązując do świątyni, którą odwiedziliśmy dzień wcześniej, poświęconej Śri Krysznie, woźnicy.


Jak doszło do tego, że Kryszna stał się woźnicą Ardźuny?

Przed bitwą na Kurukszetra, w której armie Pandawów i Kaurawów miały walczyć przeciwko sobie, zaistniało pytanie, w którym szeregu powinien ustawić się Kryszna. Zarówno Durjodhana jak i Ardźuna chcieli prosić o łaskę Kryszny, ale On spał.
Pierwszy wszedł do Jego pokoju Durjodhana i, jako że był dumny, stanął przy głowie Kryszny. Później wszedł Ardźuna i przypomniał sobie rozmowę z Kryszną, w której to powiedział: „Nigdy nie stawaj przy mojej głowie, ale zawsze u moich stóp!”. Więc Ardźuna czekał pokornie u stóp swojego Pana. Kiedy Kryszna otworzył oczy, co najpierw zobaczył? Oczywiście Jego stopy, a zatem Ardźunę, który stał u Jego stóp. Kryszna usiadł i dopiero wtedy zobaczył Durjodhanę stojącego za Nim, więc zdziwiony powiedział: „Aha, ty też tutaj jesteś!” (Bóg widzi najpierw tych pokornego umysłu, a od dumnych odwraca się plecami). Obydwoje chcieli wiedzieć, z kim będzie walczył Kryszna. Oznajmił On, że nie weźmie w swoje ręce żadnej broni. Jedną stronę zaopatrzy w potężną armię, drugiej będzie służył jako woźnica. 
 
Kryszna zapytał Ardźunę: „Co wybierasz?” Durjodhana zaprotestował. „Chcę wybrać pierwszy”. „Nie widziałem Ciebie, stałeś za moją głową”, odrzekł Kryszna. Wtedy Ardźuna powiedział: ”Niech wybiera pierwszy, jest moim starszym bratem”.
Durjodhana pomyślał - nie jestem w końcu taki głupi. Jeżeli Kryszna nie pomoże w walce, to jaki dla mnie z Niego pożytek jako woźnica? „Wybieram dla siebie mocną armię (wszystkie rzeczy materialne), wtedy na pewno wygram”, powiedział.
„A co ty chciałbyś mieć, Ardźuno?” zapytał Kryszna. „Chce tylko Ciebie (Boga)”. „Dlaczego? Jako woźnica będę Ci prawie bezużyteczny”. Ale Ardźuna pełen zaufania powiedział: „Gdzie Ty jesteś, zagwarantowane jest zwycięstwo”. Więc obydwoje, Ardźuna i Durjodhana, byli w pełni usatysfakcjonowani swoimi wyborami.

Kaurawowie śmiali się nieuprzejmie, kiedy się dowiedzieli, że Kryszna pojedzie na wojnę tylko jako woźnica Ardźuny. Nie zrozumieli jak ważny jest woźnica. Co by się stało, gdyby kierowca naszego autobusu nagle zderzył się ze ścianą? Wszyscy byśmy zginęli. Nasze życie jest w jego rękach. Dlatego bardzo ważne jest, komu powierzamy życie. (Jeżeli Bóg jest naszym woźnicą, nic nas nie może skrzywdzić). Następnie Gurudźi dodał: „Tylko niewielu ludziom dana jest łaska przebywania z Kryszną, jak gopis”.

Wszyscy byliśmy poruszeni opowiadaniem Swamidźiego i wielu z nas płakało, bo pierwszy raz poznaliśmy znaczenie tego od dawna znanego opowiadania.


BACKWATERS:

Przyjemna, drewniana, zadaszona łódź czekała na nas na brzegu. Gurudźi położył się na sofie, z tym rozmarzonym spojrzeniem w oczach (jak Narajana). Usiedliśmy blisko Jego stóp i cieszyliśmy się tym momentem.


Podczas tej podróży poprzez piękne krajobrazy z palmami wzdłuż brzegu rzeki i zielonymi roślinami wodnymi, pływającymi na powierzchni, dzieliliśmy się naszymi doświadczeniami i wrażeniami z tej wycieczki. Przez chwilę Gurudźi przejął ster i natychmiast opowiadanie o woźnicy przyszło nam na myśl.

Po około trzech godzinach łódź dobiła do brzegu i zjedliśmy cudowny posiłek. Na deser każdy z nas dostał orzech kokosowy. W międzyczasie ludzie z pobliskich domów podeszli do łodzi i próbowali skontaktować się ze Swamidźim, żeby zrobić zdjęcie lub zadać osobiste pytania. On był otwarty na wszystko. Następnie pojechaliśmy autobusem do świątyni Thrikkakara Wamana Moorthy.


Wamana jest piątą inkarnacją Wisznu w formie karła. Świątynia została wybudowana w miejscu, w którym wydarzyło się opowiadanie o królu demonów Mahabali i karle.
Mahabali posiadał wielkie królestwo, które sięgało od świata podziemnego aż do nieba. Dewy czuły się zagrożone przez prawa króla, dlatego Wisznu wcielił się w Wamanę. Wamana poprosił króla o kawałek lądu, o długości trzech stóp. Hojny król Bali zgodził się. Wamana wyrósł na giganta i objął swoją pierwszą stopą niebo, a drugą ziemię. Ale nie znalazł miejsca na trzeci krok. Mahabali nie chciał złamać obietnicy i zaofiarował swoją głowę na trzeci krok. Przez to jego suwerenność została złamana i został zepchnięty do suthali, ale Wamana spełnił jego ostatnią prośbę. Mahabali życzył sobie, żeby mógł odwiedzać Keralę raz w roku, aby upewnić się, że jego ludzie mają się dobrze. Wamana radośnie przyjął tą prośbę. Więc Bali odwiedza swoich ludzi każdego roku podczas święta Onam.

Po tym, jak uczciliśmy wszystkie murti w różnych częściach świątyni i zostaliśmy obdarowani prasadem, usiedliśmy obok grupy śpiewaków siedzących na podwyższonym pasażu naprzeciwko ołtarza, jasno oświetlonego licznymi lampkami oliwnymi.

Gurudźi zaczął śpiewać bhadźany i my włączyliśmy się całym sercem. Śpiewakom ze świątyni bardzo się podobały i kilka razy poprosili, żebyśmy zaśpiewali więcej. Na koniec oni zaintonowali pieśń i zaśpiewaliśmy wszyscy razem.
W tym cudownym nastroju odjechaliśmy ze świątyni.

sobota, 17 stycznia 2015

Pielgrzymka do południowych Indii (cz. 4)


Relację z czwartego dnia pielgrzymki ze Śri Swamim Vishwanandą napisała dla nas Swamini Kishori:
Po opuszczeniu centrum ajurwedyskiego Oceano Cliff w Varkala, gdzie spędziliśmy trzy cudowne dni, udaliśmy się autobusem do Panmana Aśraman, gdzie znajdowało się miejsce samadhi Świętego Śri Ćattampi Swamikala.

Śri Ćattampi Swamikal: „Wojownik na rzecz Kerala i obrońca języka malajalam" - Swami Vishwananda


Jak dla mnie to miejsce promieniowało atmosferą niezmąconego spokoju i prostoty, a obecność świętego, który w 1924 roku wszedł w maha samadhi, była dla mnie bardzo wyraźnie odczuwalna. Zostaliśmy powitani z wielką serdecznością i miłością, a następnie zaprowadzeni do miejsca samadhi świętego.


Następnie powitał nas 82 letni Swami, zwierzchnik aśramu. Jak zawsze w takiej sytuacji byłam poruszona prostotą, głęboką miłością i oddaniem z jakim nasz Guru okazywał szacunek temu Swamiemu. Po tym czułym powitaniu wszyscy udaliśmy się na sesję zdjęciową i tradycyjnie wymieniliśmy się podarunkami. Nasz Swami otrzymał zdjęcie Śri Ćattampi Swamikala, które wzbogaci naszą świątynię w Springen (Shree Peetha Nilaya).


Następnie zostaliśmy zaproszeni na przepyszny ajurwedyjski posiłek, a wiekowy Swami z tutejszego aśramu recytował Wedy, co wprowadziło mnie w głębokie doświadczenie miłości.


Z tego świętego miejsca udaliśmy się do miejsca, gdzie wielki Siddha Purusza Jogi Śri Parbhakara spędził ostatnie lata swojego życia i po 723 latach wszedł w maha samadhi. Podczas swojego życia wcielał się 17 razy w różne ciała.

Nie potrafię opisać słowami doświadczenia jakie mi było dane, kiedy wolno mi było wejść do tego skromnego domu, do jego pokoju, gdzie znajdował się ołtarz, jego święte naczynia, murti i zdjęcia. Nie mogłam powstrzymać łez i poczułam głęboką wdzięczność za to błogosławieństwo, że byłam w tym świętym miejscu razem z naszym Gurudźim.


Po tych głębokich wrażeniach odwiedziliśmy świątynię Aranmula Parthasarathy, zadedykowanej Krysznie, gdzie po arati mogliśmy podejść po darszan. 

- Swamini Kishori


Kim są święci poznani podczas pielgrzymki?


Śri Widjadhiradźa Parama Bhattaraka Ćattampi Swamikal (1853–1924) był hinduskim mędrcem i reformatorem społecznym. Jego praca wpłynęła na proces formowania się wielu organizacji i ruchów o charakterze społecznym, religijnym, literackim i politycznym. Ćattampi Swamikal potępiał ortodoksyjne interpretacje hinduskich tekstów opartych na cytatach z Wed. Równocześnie z Narajaną Guru, starał się doprowadzić do zreformowania hinduskiego społeczeństwa XIX-wiecznej Kerali, obciążonego przywiązaniem do rytuałów i uprzedzeniami kastowymi. Po ukończeniu studiów pod okiem Subby Dźatapadikala, przez duży okres czasu pobierał nauki u chrześcijańskiego księdza. W odosobnionym kościele położonym w południowej części Tamil Nadu nauczył się chrześcijańskiej medytacji oraz poznał religię i filozofię chrześcijańską. W późniejszym czasie mieszkał u starego muzułmanina znającego doskonale Koran i mistycyzm Sufich, od którego nauczył się głównych założeń islamu. Kunjan stał się biegły w czytaniu Koranu tradycyjnym sposobem. Po odejściu od niego, przez wiele miesięcy wędrował z Awadutami w południowym Tamil Nadu, podróżował też po całych Indiach. To w tym czasie pojął jedność wszystkich religii.




Samadh Swamikal osiedlił się pod koniec życia w Panmanie, wiosce w regionie Kollam. Zgodnie ze wspomnieniami świadków zacytowanymi w jego najstarszej biografii, 5 maja 1924r. osiągnął maha samadhi, czyli dobrowolne i świadome opuszczenie ciała. Stało się to po krótkiej chorobie, podczas której odmówił przyjęcia jakiegokolwiek lekarstwa. Pochowano go w jego Samadhistanamie w Panmanie. Miejsce to nosi dziś nazwę Panmana Aśramam i stanowi ośrodek służby społecznej i duchowych praktyk.



Więcej o tym świętym można przeczytać tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Chattampi_Swamikal


piątek, 16 stycznia 2015

Pielgrzymka do południowych Indii (cz. 3) - na Złotej Wyspie



Pewnego razu, wybraliśmy się na wyprawę z dala od zgiełku życia codziennego Indii, z dala od krzyków, piżmowego zapachu palonego węgla, który był odczuwalny i przy małym łóżku, i w kuchni, i w pokoju - zostaliśmy przeniesieni w inne miejsce.

Naszymi rydwanami były "tuk-tuki" - małe motorki z zamocowanym siedzeniem z tyłu dla dwóch osób. Wsiadaliśmy po troje, co jest mocno poniżej nieoficjalnej indyjskiej normy (pięć osób, kiedy dwa dodatkowe miejsca są umieszczone po bokach).

motorki tuk-tuki

Te motorki i ich kierowcy sądzą, że inkarnowały jako samochody, więc warczą i trąbią najmocniej jak potrafią, i krążą z wielkim impetem po serpentynach dróg.

Kiedy wydostaliśmy się z miasta, jechaliśmy drogami jak w dżungli. Droga prowadziła wzdłuż rzeki, po jednej stronie mieszkali ludzie na skraju egzystencji, podczas gdy po drugiej stały wygodne przestronne podmiejskie domy pobudowane w eleganckim indyjskim stylu.

Miejsce, gdzie należało wysiąść było oznaczone - ktoś zablokował drogę usypując hałdę piasku na środku, tak że nasze pojazdy nie mogły pojechać dalej. Indii nie da się nie pokochać! Przeszliśmy się mały kawałek i nieopodal czekały na nas nieduże drewniane łodzie, dzięki którym mieliśmy przeprawić się na Złotą Wyspę. Wokoło było niebywale zielono, jak na tajlandzkiej wyspie czy w głębi lasu. Natura może przynieść natychmiastowe głębokie uczucie spokoju poprzez swój łagodny wpływ.





Dramatyczny dylemat, który zwykle trapi - "Mamy czekać na Swamiego, czy lepiej, żeby on poczekał na nas", na chwilę zniknął. Był to wesoły moment przepełniony radosną atmosferą, ale lepszą opcją, co wymagało trochę dyscypliny, było zanurzyć się w nastroju niezmąconej niczym ciszy, panującej w tej okolicy. Potrzebowaliśmy trzech łodzi ze stojącymi wioślarzami, żeby przepłynąć 100 metrów do małej wyspy.


Obejście wyspy zajęłoby pół godziny, jest niezwykle zielona, a jej teren jest zupełnie płaski. Po środku stoi świątynia. Przepłynięcie do niej było jak proces oczyszczania, tak żeby umysł był czysty i mógł pozwolić dojść sercu do głosu.



Myślę, że wszyscy mieliśmy odczucie, że jest to świątynia Boga. Jej świętości i prostoty chroniła sama wyspa. Świątynia była miejscem oddania, gdzie wszyscy przybywali w ciszy. To świątynia, w której można wielbić bardziej niż o coś prosić. Było to bardziej miejsce modlitwy niż błagań, miejsce do kochania niż wznoszenia próśb.


Wokoło było niewysokie ogrodzenie otaczające kwadratowy teren 50 na 50 metrów, gdzie wznosiły się trzy małe świątynie, które mieściły tylko dwie osoby. Modlitwy ofiarowywano spoza terenu budowli.


Swami wytłumaczył nam, że w Kerala nawet w świątyniach Śiwy zawsze jest mała świątynia dla Wisznu. Piasek wokoło tego miejsca był miękki. Przed każdym z wejść stała postać wartownika, stara statua wykonana z ciemnego kamienia przedstawiająca Śiwę, z miejscem na pochodnię.

Dziś byliśmy w świątyni Śiwy na wyspie Ponnthuruth: niesamowite miejsce - Swami Vishwananda (@vishwananda)

Świątynia sprawiała wrażenie zarówno indyjskiej, egipskiej jak i greckiej. Świątynia wszystkich epok i czasów. Świątynia dla Bogów, gdzie się wielbi i kocha, a równocześnie w swojej prostocie i rozmiarach obrazująca doskonałą pokorę.
Po obrzędowych modlitwach, obeszliśmy świątynię wokoło i Swami dał wykład. Wszyscy usiedliśmy w miejscu przeznaczonym do jagny. Było to jeden z tych magicznych momentów w życiu, kiedy górę mogą wziąć łzy czystej radości. Moment, w którym czuje się ponadczasową miłość i oddanie.


Swami mówił o historycznym rozłamie odnoszącym się do koncepcji Boga posiadającego formę i równocześnie bezforemnego reprezentowanego przez Waisznawów kolidującej z ideą Boga, jako wyłącznie bezforemnego reprezentowanej przez Saiwitów. W związku z tymi różnicami w wierzeniach miało miejsce profanowanie niektórych świątyń w XII wieku, miało to dalsze polityczne i ekonomiczne skutki.


Swami opowiadał również, że Brahma będzie czekał, aż wszystkie istoty się zrealizują, zanim świat się skończy. Potem zatrzymał się, aby rozważyć znaczenie ogromu manifestacji i samozagłady.


Była też rozmowa na temat oświecenia. Swami poprosił, żebyśmy rozważyli, co my pod tym pojęciem rozumiemy i jakie wiążemy oczekiwania z tym doświadczeniem. Dał czas na zadawanie pytań. Zawsze myślę, że powinienem mieć przygotowaną w takich momentach całą książkę z pytaniami!


Jedna z pań z Rosji zapytała o poczucie winy, które odczuwała w związku z tym, że jest na chrześcijańskiej ścieżce ortodoksyjnej i tak bardzo kocha indyjskie bóstwa. Swami długo z nią rozmawiał, żeby pomóc jej to lepiej zrozumieć, tak wielka była jej szczerość i głębia chwili.


Chyba nigdy tak długo nie rozmawiałem na takie tematy, dyskusja obejmowała mnóstwo aspektów kulturowych, nakreślających wynikające z nich religijne różnice. Swami powiedział do kogoś, że takie pytania mogą się nigdy nie skończyć. Poczułem, że chętnie zadałbym jeszcze jedno tylko po to, żeby Swami nie przestawał mówić, żeby przedłużyć tę chwilę przy przepięknej świątyni i ze wspaniałym wykładem.


Nadszedł czas odjazdu. Przeprawiliśmy się przez rzekę. Jedna z łodzi była przepełniona ludźmi, którzy z oddaniem radośnie śpiewali. Miało się uczucie, że przepływając wodę Swami przeniósł nas znów do codziennego życia w świecie.

czwartek, 15 stycznia 2015

Śri Swami Vishwananda odwiedza Indie południowe (cz. 2)


Wielu wielbicieli na pielgrzymce ze Śri Swamim Vishwanandą było życzliwych, aby przy małej ilości posiadanego przez nich wolnego czasu, napisać dla nas pisemne relacje z ich przygód w Indiach (grudzień 2014 r.).

Podczas gdy wczoraj czytaliście o wydarzeniach z dnia pierwszego, dzisiaj przedstawiamy relację dnia drugiego z pierwszej ręki od Dimitriego (USA). Dołączymy do tego inną relację od Kadambari (Niemcy) i mnóstwo zdjęć z przygód grupy.

A więc zaczynamy…


Zbudził mnie dźwięk wiatru dmuchającego poprzez drzewa palmowe, gdy wyszedłem na balkon zastałem cudowny widok na ocean indyjski. Po relaksującym poranku i zadomowieniu się w naszym hotelu, spotkaliśmy się jako grupa w hotelowym pokoju do jogi, aby po raz pierwszy zobaczyć Swamidźiego.

Pomimo, że pogoda była upalna, zostaliśmy pobłogosławieni sporadycznymi opadami deszczu, które na kilka orzeźwiających chwil miło splotły się z dosami oraz ćajem, które mieliśmy na śniadanie. Tak więc wszyscy znaleźliśmy się na świeżym powietrzu, na górnym piętrze hotelu, gdzie otrzymaliśmy krótki instruktarz od Yamuny na temat tego, co wolno, a czego nie i tego jak zachowywać się w Indiach – i co ważniejsze, jak zachowywać się w stosunku do Swamiego.

Atmosfera oczekiwania unosiła się w powietrzu i wkrótce zaczęliśmy śpiewać bhadźany oczekując na wielkie wejście Gurudźiego. Oczekiwanie wzrastało i zanim sobie uświadomiliśmy wszyscy staliśmy, a jego pomarańczowa szata pobłogosławiła nasze oczy.

Jakoś w tym momencie mój umysł zaczął bardziej skupiać się na piciu wody z kokosa niż na tym, o czym mówił Swami, jednak spróbuję to sparafrazować najlepiej jak tylko potrafię. „Widzicie”, powiedział, Parasurama (6 z 10 inkarnacji Pana Wisznu) rzucił swój topór i miejscem, gdzie wylądował, była Kerala. Aby zobaczyć dalszą część historii kliknij tutaj.

Pan Parasuram

Następnie historia skupiła na górze, która znajdowała się niedaleko nas i tym, jak ona powstała. "Wiecie Hanuman przenosił górę na Śri Lankę i fragment góry spadł w Kerala, zostawiając po sobie pokaźne bogactwo ziół i owoców."  Następnie mówił o tym, jak różne są tradycje na południu Indii, zwłaszcza w świątyniach.

Minęło szybko kilka godzin i z pełnymi brzuchami oraz pragnieniem zobaczenia pierwszej świątyni podczas naszej wyprawy wyruszyliśmy piechotą do pierwszej z nich. Deszcz zmniejszył się do lekkiej mżawki, a podczas 2 kilometrowego marszu udało nam się przykuć uwagę kilku osób. 40 osób z zachodu idących wzdłuż ulicy, wszyscy w dhoti i sari, wszyscy noszący tilaki, a co niektórzy klaszczący i śpiewający bhadźany - przyszliśmy i ukradliśmy im ich miejscowy styl, wyraz jaki mieli na twarzach zdradzał, że nie wiedzieli co o tym myśleć.

Gdy dotarliśmy do świątyni, zdjęliśmy nasze buty i zaczęliśmy przepychać się w kierunku głównego wejścia. Swami dotarł już na miejsce i wołał nas do świątyni Wisznu.


Różnica w tradycjach była natychmiast zauważalna. Gdy weszliśmy do świątyni wszyscy mężczyźni zostali poproszeni o zdjęcie koszulek, kolejną różnicą było to, że murti Śiwy i Lakszmi Narajany były wszystkie w jednym miejscu i nie miały swoich własnych oddzielnych świątyń.

Podczas gdy wchodziliśmy do środka, koordynatorzy pytali o możliwość zorganizowania pudźy lub abhiszekamu. Okrążyłem murti i poczułem pod swoimi stopami mokry kamień, wciąż starając się pojąć to wszystko i nie do końca wierząc, gdzie byłem.

Tuż po rozpoczęciu pudźy podeszło kilku mężczyzn z bębnami i fletami. Ich niekonwencjonalny sposób bębnienia połączony razem z dźwiękami dzwonów w świątyni, modlitw Swamiego oraz mahamantry śpiewanej przez miejscowe kobiety stojące obok mnie, wywarło bardzo mocne i intensywne doświadczenia w pierwszej świątyni.

Zapach curry w powietrzu, uczucie kumkumu na naszych czołach - przyjechaliśmy i nasza pielgrzymka ze Śri Swamim Vishwanandą się rozpoczęła.

Śri Swami Vishwananda z głową aszramu Dźagatguru Śri Narajana Guru

DZIEŃ 2 - Czwartek w Warkala (region Kerala) - Kadambari

Aszram i pielgrzymka “Śri Narajana Gurudew Dźagathguru”

Drugi dzień powitał nas pochmurnym niebem i lekkim deszczem, nie zatrzymało to jednak niektórych wielbicieli od rozpoczęcia dnia OM Healingiem o godzinie 7:00 w pokoju do jogi w „Oceano Cliff”.

Po orzeźwiającym ajurwedyjskim śniadaniu udaliśmy się dziesięcioma „tuk-tuk-ami" w konwoju na wzgórze, gdzie mieści się powszechnie znane miejsce pielgrzymek oraz aszram Śri Narajany Gurudewy Dźagatguru (1856-1928).

Wzgórze Śiwagiri

Podczas naszej wizyty w aszramie poza tradycyjnym ubiorem świątynnym obowiązywał drobny “kolorowy kodeks ubioru”. Jasno zielone flagi ozdabiały naszą zmotoryzowaną rikszę. Ostatnie dwa kilometry do stóp „Sivagiri Hills” odbyliśmy pieszo. „Om namo narajenaja” śpiewane było przez wszystkich wielbicieli różnych narodowości, podczas gdy stapialiśmy się coraz bardziej w jedną grupę.

Na wstępie zostaliśmy ciepło przyjęci przez Swamich i otrzymaliśmy od nich informacyjny wgląd w filozofię ich guru, której myślą przewodnią było „Jedna kasta – jedna religia – jeden Bóg”.


Następnie zostaliśmy zaproszeni na zdrowy ajurwedyjski lunch, tradycyjnie serwowany na liściach bananowca. Wiele potraw o przeróżnych smakach jedzonych przy pomocy palców prawej ręki, podanych razem z ryżem oraz ciastkami. W Indiach lewa ręka uznawana jest za nieczystą i pozostaje pod stołem.


Na koniec wszyscy dostaliśmy lekcje poprawnego zachowania w stosunku do naszego Gurudźiego. Mieliśmy możliwość odwiedzić duchowego przywódcę aszramu w jego prywatnych pokojach i otrzymać prasad. Gurudew stał blisko starszego Swamiego, przed którym staliśmy wcześniej. Byłam odrobinę zdenerwowana i niepewna jak powinnam się zachowywać. Matadźi przede mną skłoniła się nisko przed Gurudźim, o czym nie pomyślałam. Byłam więc wdzięczna za to przypomnienie i skłoniłam się nisko przed Gurudźim, a następnie w kierunku duchowego przywódcy aszramu.

Na zewnątrz znów stałam przed matadźi, która była przede mną w kolejce i słyszałem Gurudewa, mówiącego stanowczo i czule, że oni nigdy nie kłaniają się przed innym mistrzem, guru, świętym etc. – jedynie przed ich własnym guru. To jest tak, jakby go obrazić, chyba że to Guru poleci nam tak zrobić. Ta wiadomość była bardzo szybko przekazana do uczestników pielgrzymki, wliczając w to mnie i wielu innych. Wszyscy byliśmy szczęśliwi z tej ważnej lekcji, w której następstwie był cudowny satsang ze Swamini Mohini oraz Swamini Kishori po południu na plaży.